W marcu 2024 roku stałem się właścicielem pięknego Volvo 940 w kolorze 433, które jest jednocześnie moim pierwszym własnym samochodem.

Sama historia kupna jest dość długa (ostrzegam!).
Przez kilka lat moje życie kręciło się wokół jazdy autostopem i spania na dziko. Z czasem jednak praca na pełen etat zaczęła utrudniać ten styl życia. Swoją drogą jednym z pierwszych samochodów, które złapałem, było Volvo 142 (chyba), którym podróżowali jacyś holenderscy studenci.
Pod koniec swojej „kariery” autostopowicza, kilka lat później, w deszczu zatrzymało się 850 albo 740/940 (wtedy ich nie rozróżniałem). Dobrze pamiętam uczucie, które wtedy mi towarzyszyło: „O, stare Volvo. Będzie wygodnie i dużo miejsca!” Zapytałem wtedy kierowcę o nie, a on ciągle je chwalił i mówił, że to jego trzecie Volvo, bo sprzedawał, ale zawsze do nich wracał. Wtedy zakiełkowała we mnie myśl, żeby może kiedyś sobie takie sprawić. Własne auto z dużą budą z tyłu dałoby mi namiastkę dawnych czasów, z możliwością punktualnego powrotu do domu.
Zaczęły się poszukiwania. Trwały jakieś cztery lata z przerwami, bo z jednej strony nie był to mój priorytet, a z drugiej moje wymagania zaczęły rosnąć. Generalnie zależało mi na szyberdachu, kombi, manualu i benzynie. Niestety, jak coś fajnego się pojawiało, to równie szybko znikało. Pamiętam pięknego zielonego Classica, który wisiał koło Żywca chyba z pół roku za 12k, a rok później wypłynął w Warszawie za 18k i poszedł w ciągu doby. Strasznie sobie plułem wtedy w brodę, że go nie wziąłem. W pewnym momencie zacząłem nawet zostawiać karteczki za szybą fajniejszych aut na mieście. Niestety, skuteczność tego była zerowa, choć czasem dostawałem miłego SMS-a z życzeniami owocnych poszukiwań.
Ostatecznie w styczniu tego roku trafił się w okolicach Tarnowa pewien czarny egzemplarz na OLX, bardzo skąpo opisany, z tragicznymi zdjęciami zrobionymi w jakiejś stodole. Ale wypatrzyłem na jednym zdjęciu, że jest w manualu i ma przełącznik od szyberdachu, więc szybko zadzwoniłem wieczorem i następnego ranka już byłem z ojcem w drodze.

Na miejscu okazało się, że wcale nie jest czarny, tylko w przepięknym fioletowym kolorze.

Tutaj muszę zaznaczyć zasadniczy problem przy zakupie auta. Nie mam zielonego pojęcia o mechanice ani innych tematach okołosamochodowych. Pojechałem na stację kontroli pojazdów, gdzie diagnosta go zachwalał, ale jak powiedział sprzedawca – „tutaj i tak mnie wszyscy znają”. Trochę mnie to przerosło i odpuściłem. Tydzień później stwierdziłem, że znów będę żałował jak z zielonym Classikiem, więc ogarnąłem lawetę i zrobiliśmy przejażdżkę 250 km w jedną stronę (potem okazało się, że laweta nie była potrzebna, ale dmuchałem na zimne).

Po tygodniu odebrałem auto z warsztatu i od tej pory przez pięć miesięcy przejechałem nim już kilka tysięcy kilometrów. W międzyczasie założyłem gaz i MBC (bodaj na 0.7 bara). Po odebraniu czułem się, jakbym znów miał 18 lat i zdał prawo jazdy.
Kiedy kupiłem auto, miało na liczniku 261 tys. km, ale jak to w przypadku aut z Niemiec różnie bywa. W książeczce serwisowej ostatni udokumentowany przegląd to 2012 rok i 138 tys. km.
Auto ma bardzo fajne wyposażenie: w oryginale B230FK z M90L2, most ALD 1041 o przełożeniu 3.54, klimatyzacja automatyczna, szklany szyberdach, skórzana tapicerka, wskaźnik temperatury zewnętrznej, tempomat i wycieraczki reflektorów.
Na karoserii widać gdzieniegdzie ślady poprawek czy kilka ognisk korozji, przy których pewnie sam będę się uczył robienia napraw (na Skandixie widzę, że są 9 ml butelki z lakierem).

Dodatkowo ramki przedniej szyby były zaklejone taśmą izolacyjną bo niby ciekło. Taśma została usunięta, nic nie cieknie, ale ślady niestety zostały.

Podwozie – z tego, co mówią – jest w bardzo dobrym stanie. Przed zimą pewnie zlecę komuś zabezpieczenie go woskiem.
I jeszcze kilka zdjęć:





